Szybki Weekendowy Wypad na Malediwy – snorklowanie, nurkowanie i autentyczne publiczne wyspy

…Maafushi – publiczna wyspa na Malediwach…

Siedząc na niezwykle, ekhm, ciekawym wykładzie z Systemow Inżynierii Biomedycznej dostałam maila od jednej z azjatyckich tanich lini lotniczych o promocji lotów na Malediwy. A że akurat zbliżały się moje urodziny, pomyślałam- to znak! Tak wiec po szybkim potwierdzeniu z Michao kupiłam bilety i zaczęłam kombiować jak tu nie wydać miliona monet na takie wakacje. Plan był taki że pojedziemy do Male na weekend i zobaczymy jak wyglada Malediwska stolica. Potem jednak zaczęłam z ciekawości przeglądać hotele na wyspach w pobliżu i okazało się że te są w całkiem dostępnych cenach, a dotrzeć na nie można publicznym transportem! Wszystko złożyło się całkiem nieźle w całość i nie mogłam się doczekać naszej przygody!

…widok z lotu ptaka na stolice Malediwow – Male

I. Male- pierwsze wrażenia:

…ciemna noc na Malediwach – ‘widok’ na Male z wyspy lotniskowej…

Zaczęło się tajemniczo, bo na Malediwach wylądowaliśmy po zmroku. Na główną wyspę-stolicę Male można dostać się tylko promem, a jako że obawialiśmy się że o tej porze promów już nie będzie, postanowiliśmy wcześniej zabukować hotelik na wyspie-lotnisku. Tymczasem po przylocie okazało się że taxówek nie ma, a busy do mieszkalnej części wyspy krażą rzadziej niż łódki do Male… W oczekiwaniu na transport usiedliśmy więc przed terminalem na urokliwej ławeczce nad wodą z widokiem na stolice, gdzie mogliśmy zacząć cieszyć się oceanicznym klimatem i lodem z lotniskowego BurgerKinga.

… Michao przed terminalem lotniska Hulhumale…

Gdy w końcu dotarliśmy do hotelu i udało nam się zaczekinować, wszystkie lokale jedzeniowe się pozamykały, wiec weszliśmy do jedynej otwartej knajpy jaką znaleźlismy. Jako że  Malediwczycy mają w większości korzenie hinduskie, lokalne jedzenie to znane nam z Singapuru jedzenie charakterystyczne dla tejże nacji  (czyt.- za ostre dla Marleny, nawet tej głodnej).

Specerując po ciemnych ulicach Hulhumale czuliśmy sie troche jak…w Polsce- chodniki, architektura, ulice, drzewa… nie mogliśmy się pozbyć tego dziwnego wrażenia.

Następnego dnia po szybkim cappucino nad raczej pochmurnym morzem, przeszliśmy się do portu złapać łódkę do Male. Łódki okazały sie kursować co 20min więc szybko znaleźliśmy się w stolicy, gdzie postawiliśmy na kolejny spacer na kolejny ferry terminal na drugim końcu wyspy, tym razem obslugujący łódki z Male na dalsze wyspy, takie jak nasza Maafushi. Wiem że to brzmi jakbyśmy okropnie dużo chodzili, ale te wysepki tak na prawdę są malutkie (Male ma zaledwie  ~2.5km2). Poza tym nie ma lepszego sposobu na poznanie nowego miesjca niż ‘zgubić się’ w jego zakątkach i chłonąć lokalną atmosferę.

…bananowe drzewo za bramą na jednej z ulic Male…

Miałam tylko jeden mały kłopot… nie wiem co mnie podkusiło że tym razem zabrałam małą walizkę zamiast pleceka. Może myślałam że ulice Male będą marmurową posadzką zamiast starym, popękanym asfaltem? Trudności w przedzieraniu się przez nierówne chaotyczne ulice i głośne skutery śmigające dookoła sprawiły że szybko mieliśmy dość eksplorowania i chcieliśmy jak najszybciej teleportować się w mniej zurbanizowane otoczenie. W miedzyczasie złapała nas też tropikalna ulewa, więc schowaliśmy się do restauracji na pyszny malediwski obiad, czyli w moim przypadku spaghetti. Michao zamówił lokalne danie a dostał coś co przypominało zupkę chińską.

Bilety na Maafushi udalo nam się kupić bez problemu na ferry terminalu i tam też po raz pierwszy od przyjazdu spotkaliśmy zagranicznych turystów. Przeprawa publiczną łódką była dosyć ciekawa- znudzeni lokalni mieszkańcy, wymieszani ze spokojnymi chińskimi i podekscytowanymi zachodnimi turystami, maly prowizoryczny sklepik, a dookoła rajskie wyspy, i wyskakujace z wody delfiny…

II.Maafushi – zwykła wyspa w raju

Podróż trwała około 2godz., a gdy wysiedliśmy na Maafushi przywitała nas deszczowa pogoda (czyli klasyk w naszych podróżach po Azji…). Maafushi jest niewiarygodnie małą i płaską wyspą, którą można obejść dookoła w 10min. Chodników i ulic nie ma – jest mniej lub bardziej ubity piasek (i tak lepsza opcja dla kółeczek mojej walizki niż dziurawe chodniki w Male).

Szybko dotarliśmy do naszego małego hoteliku nad plażą, gdzie udało nam sie wycyganić darmowy upgrade do pokoju z widokiem na morze (zawsze pytajcie! ten trik sprawdził mi się już w tak różnych miejscach jak Hong Kong, Filipiny czy Australia).

…widok na morze okazał się widokiem na palmę ale nie narzekam;)…

III. Co można robić na Malediwach..?

Chłopak z recepcji dosyć dobrze mowił po angielsku i od razu nam zaproponował wycieczki w dobrych cenach. Jako że czasu mieliśmy bardzo mało (1,5 dnia), zdecydowaliśmy na islald hopping z kilkoma miesjscami do snorklowania na ostatni dzień. Tego samego wieczora wyszliśmy też na ‘miasto’, w którym znaleźliśmy kilka hoteli, kilka kanjp z jedzeniem oraz kilka dive shopów, gdzie również od reki zamówiliśmy 2 nurkowania na dzień następny (jesli pogoda się polepszy). Na szczęście pogoda była ok i jeszcze przed sniadaniem i przed nurkowaniem wybraliśmy się zobaczyć plażę i wykąpać w malediwskim morzu po raz pierwszy (oczywiście w skromnych ciuszkach, żeby nie urazić tubylców).

…informacja o dress code czyli zakazie bikini i innych nieskromnych strojów…

…poranek na Maafushi…

Zaraz potem wypłyneliśmy  na nasz pierwszy ‘odświerzający umiejętności’ diving. Już samo pływanie łódką z ekipą nurkową było super przeżyciem. Po zejściach do wody (a im glębiej tym zimniej-  z nasza licencja wolno nam zejść na 18m) można było się wygrzewać w słońcu na górnym pokładzie i podziwiać niesamowity kolor wody, pływając pośród odpicowanych rezortowych i dzikich publicznych wysp.


Jak wypadło nurkowanie? Odświerzającą umiejętności lekcję od tamtego czasu polecem zrobić w basenie, a nie na otwartym morzu. Jednym z ćwiczeń jest wpuszczenie pod maskę małej ilości wody i umiejętne pozbycie się jej, będąc zanurzonym na głębokość ok 1.5 m. Michao oczywiście poradził sobie świetnie, ale mi od razu woda wleciała do oczu i nosa, zaczełam się krztusić i musiałam się wynurzyć żeby złapać oddech. Woda, która wpadła do płuc i już tam została, oraz niezręczny fakt że jeśli taka sytuacja zdarzy się na większej głębokości to nie bedę miała takiej łatwej ucieczki na powierzchnie*, trochę wpłynęły na komfort mojego nurkowania ale i tak było fajnie. Widzieliśmy ogromne żółwie, rekiny i moje ulubione- manty!

*przed wynurzeniem trzeba zrobić tzw. przystanek dekompresyjny, czyli zatrzymać się na ok 5min na głębokości 3m

Wracając na naszą wysepkę, zauwazyłam na jej końcu wysoki betonowy mur. Okazało się że jest to nic innego jak .. więzienie! Przestępszość w ‘raju’ to kolejna rzecz po dziurawych chodnikach, zakazie alkoholu i kobietach w burkach, których nigdy sobie jakoś tam nie wyobrażałam. Chociaż być uwięzionym na Malediwach nie brzmi tak źle…

…więzienie na Malediwach (szary mur po prawej stronie)…

Apropos zakazu alkoholu – jest on faktycznie bardzo surowo przestrzegany. Dlatego wieczory na Maafushi są raczej spokojne, nie ma czegoś takiego jak kluby czy beach bary, które można spotkać w innych krajach południowo-wschodniej Azji (także tych muzułmańskich). Jedynym wyjątkiem są prywatne wyspy-rezorty.

…a już myślałam że natknęłam się na zimne piwko! Błąd- to tylko bezalkoholowa imitacja dla zdesperowanych…

…osobliwe laweczki z siatki i metalowych pretow… …uliczki publicznej wyspy na Malediwach…

Następnego dnia wybraliśmy się na szybki island hoping (szybki bo tego samego wieczora mieliśmy speedboat do Male, a późnym wieczorem samolot do Singapuru). I tu znowu przydała się elastyczność miejscowych i możliwość dogadania wszystkiego na miesjcu. Pól-dniową normalnie wycieczkę udało się nam przedlużyć o kilka godzinek, żebysmy zobaczyli jak najwięcej przed wyjazdem. I tak wyruszyliśmy z naszymi współpasażerami (jedną z par okazali się Polacy) na kilka miejsc snorklingowych, które były dość bogate w mniejsze i wieksze kolorowe tropikalne ryby.  Zawsze jak pływam w ich naturalnym środowisku czuję się winna że trzymałam ich siostry i braci w akwarium, które nijak się ma do rozległych raf koralowych.

Żeby zachęcić większe ryby do podpłynięcia w miejsce gdzie snorklowaliśmy, dostaliśmy butelki z pokarmem. Nie omieszkał wykorzystać tego Michao, który pruszył nim w moim kierunku, co poskutkowalo chmarą dziwacznych ryb obijających się o mnie swoimi śliskimi ciałkami, próbując złapać kawałki jedzonka ‘w locie’ . Bueee!

Innym fajnych momentem było wylądowanie samemu na ‘sand barze’, czyli kawałku piasku wynurzonego z morza jakgdyby nigdy nic, i patrzenie jak nasza łódka odpływa… A to dzięki temu, że dla reszty wycieczkowiczów był to ostatni punkt programu i wracali na Maafushi. Dlatego mieliśmy prywatny kawalek piasku na środku morza tylko dla siebie i mojego urodzinowego bezalkoholowego szampana, co było całkiem niesamowite!

Niestety /stety łódka po nas wróciła i zawiozła na obiad na sąsiednią wyspę, która okazała się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej ‘lokalna’ niż Maaf.

Na miejscu zaprowadzeni zostaliśmy do  jednej z chatek, w ktorej był jeden podłużny stół, ale za to z obrusem. Do wyboru był smażony ryż lub smażony makaron i grillowana ryba, która wyglądała podobnie do tych które niedawno karmiliśmy, więc ku uciesze Michao oddałam mu swoją porcję.

Po jedzonku był czas nacieszyć się przepiekną, krystalicznie –niebieska wodą po raz ostatni, na lokalnej bikini beach.

 

IV. Epilog

Nie mogę nie polecić publicznych wysp na Malediwach. O ile same Male jest chaotyczne i niezbyt przyjazne, to publiczne wyspy dają niebywałe możliwości doznania tropikalnej przyrody i pozniania spospobu życia lokalnej ludności, dla ktorej życie ‘ w raju’ to codzienność.

 

Follow:
udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *