CHINY: Wąwóz Skaczącego Tygrysa. DZIEŃ 1.

  Wąwóz Skaczęcego Tygrysa to zapierająca dech w piersiach (dosłownie) wspinaczka w południowo-zachodnich Chinach.  Ten 15 kilometrowy odcinek wiedzie wzdłuż rzeki przepływającej pośród stromych klifów Jade Dragon Snow Mountain (5596m)Haba Snow Mountain (5396m). Jego poetycka nazwa wywodzi się z lokalnej legendy o tygrysie, który uciekając przed myśłiwym rzekomo przeskoczył rzekę w jej najwęższym punkcie. Nie wiem czy większym zaskoczeniem jest to że najwęższy punkt ma aż 25 metrów szerokości, czy to że w tej okolicy występowały (i wciąż występują*!) dzikie tygrysy…

*aż 10 sztuk

Nasza wyprawa zaczęła się od serii niefortunnych zdarzeń (takie tam tropikalne choroby, porwania itp.), którą starałam się opisać zwięźle ale wyszedł spory kawał tekstu. Więc jeśli nie masz ochoty na dramaty, przejdź bezpośrednio do sekcji II: “Wspinaczka dzień 1” (nie obrażę się).

I. Dzień nie jak co dzień

Dzień zapowiadał się intensywanie ale … dosyć  nieciekawie. Podróż miała nam zająć około 24h. Najpierw lot  z Singapuru (z nowiutkiego Terminalu 4! 😀 ) do Kuala Lumpur w Malezji, kilka godzin przestoju i czas na lancz, lot z Kuala Lumpur (zwanego tutaj KL) do Kunming w Chinach, 3godzinki na przedostanie się z lotniska na stację kolejową w centrum, nocny pociąg z Kunming do Lijang, a na koniec autobus z Lijiang do Qiaotou skąd zaczynał się trek. Uff!

Pierwsze na liście niefurtonności było spóźnienie się Simona na swój samolot (spóźnienie kursywą bo technicznie rzecz biorąc Simon dotarł na lotnisko na czas…). Simon był jedyną osobą która zabukowała lot wcześnie rano, około 2h przed resztą ferajny. Kiedy Michao szlachetnie zawiózł go na lotnisko, oboje rozgościli się na Terminalu 4, nie zdając sobie sprawy, że samolot Simona może startować z innego terminalu niż nasz … (na ich obronę- była 6 rano). ‘Na szczęście’ mieliśmy przecież długą przesiadkę w KL więc Simon wsiadł w następny samolot i i tak był sporo przed czasem. W międzyczasie, w drodzę do KL przydarzyła się kolejna wtopa. Najroztropniejszy z całej grupy Michao zostawił swój telefon w kieszeni siedzenia w samolocie, co miało swoje konsekwencje trochę później tego samego dnia. Tak więc śmiejąc się jaki to feralny poranek, znaleźliśmy Simona pod bramką samolotu do Chin. Z tym że Simon nie wyglądał zbyt dobrze. Był trochę przygaszony i twierdził że źle się czuje. Kiedy wysiadł z samolotu w Kunming, wyglądał już na poważnie chorego i to nie tylko dla nas. Kamerka termowizyjna wykryła gorączkę i Simon został zatrzymany przed wyjściem na halę przylotów w Chinach…

Po dość długich oczekiwaniach, kilku badaniach i negocjacjach z funkcjonariuszami Simon został puszczony, ale jego mina była śmiertelnie poważna. Szybkie testy wykryły infekcje wirusową z podejrzeniem Malarii… Co teraz? Wierzyć chińskim testom i zakładać najgorsze? Iść na żywioł? Wracać do Singapuru?  Czas uciekał i po burzliwych dyskusjach postanowiliśmy podzielić się na 3 grupy: Eve z Alvaro zabiorą Simona do lokalnego szpitala i dowiedzą się czy to na pewno malaria a jeśli nie to czy może kontynuować trip. Ja z Michao i Wen, oraz Sandeep, Gigi i Jeremy pojedziemy na stacje odebrać bilety i tam poczekamy na grupę 1. Problem był tylko taki że nikt w mojej grupie nie miał roamingu, internetu ani chińskich aplikacji (google, facebook i whatsapp nie działają w Chinach). Jak już wsiedliśmy do taxi zorientowaliśmy się że stacji kolejowych w Kunming jest kilka i w całym tym chaosie nie skoordynowaliśmy się na którą mamy jechać. I chociaż w naszej taksówce mieliśmy chińskojęzyczną Singapurkę Wen, dogadać się z panem kierowcą było dosyć ciężko. Tu by przydał się telefon Michała który miał chińską apkę z mapą i gpsem. Nie tylko nie byliśmy pewni, czy jedziemy we właściwym kierunku, ale na dodatek w pewnym momecie nasza taxa zjechała z autostrady i … zatrzymała się pod wiaduktem. Nie zwracając uwagi na nasz szok,  taksówkarz bez słowa wysiadł z samochodu. Po chwili wsiadł inny facet (też bez słowa), który wyglądał na naprawdę wściekłego i bezceremonialnie ruszył przed siebie. Wen próbowała rozmawiać z nim po chińsku, ale jedyną rzeczą, którą warknął to to że wie, dokąd jedziemy…. Po kilku minutach niedowierzania i podejrzewania że właśnie zostaliśmy porwani… postanowiliśmy że zachowamy spokój.  Po części dlatego że byliśmy w obcym miejscu i nie znaliśmy tamtejszych obyczajów, a po części dlatego że i tak nie mogliśmy nic zrobić. Okazuje się, że we wszystkich taksówkach w Kunming kierowca oddzielony jest od pasażerów solidną kratą. Tymczasem jak to zwykle bywa w takich momentach – zaczęlo się ściemniać…

Kilkanaście spiętych minut później dotarliśmy do stacji kolejowej, która okazała się być dokładnie tą której szukaliśmy. Zapłaciliśmy odpowiednią kwotę pieniędzy. Znaleźliśmy naszych przyjaciół od razu, czekających na nas przed wejściem. Z ulgą i trochę wstydem za nasze podejrzenia o niby-porwanie poszliśmy na kolacje w miejscowej jadłodajni. Dopiero po zamówieniu zwróciliśmy uwagę na plakat ze smutną buzią, wskazujący na to że owe miejsce dostało od tutejszego sanepidu ocenę C  (na skali od A do C,  gdzie A jest bezpieczne a C jes zagrożeniem dla zdrowia).

Przekonani, że jutrzejszy dzień zacznie się zatruciem pokarmowym, wróciliśmy na stację odebrać bilety. Okazałoby się to dość trudne gdyby nie nasza chińskojęzyczna znajoma, bo jak widać na załączonym obrazku okienek było kilka do różnych celów .

::: Co za dzień! Podróżując od wczesnego rana, nie wiedząc, co się dzieje z naszym chorym przyjacielem i całą nocą w pociągu przed nami :::

Kiedy dotarliśmy do pociągu, mogliśmy wreszcie trochę odetchąć. Do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję że za chwilę dołaczą do nas znajomi z grupy szpitalnej. Niestety, pociąg ruszył dokładnie o czasie a Alvaro, Eve i Simona nie było. Przekonaliśmy jakąś miłą chińską panią, żeby pozwoliła nam użyć Wechat (chińskiego Messengera), żeby skontakowąć się z Eve.  Okazało się, że 2 różne szpitale nie mogły pomóc Simonowi, więc po prostu wrócił na lotnisko, gdzie będzię łapał pierwszy dostępny samolot z powrotem do Singapuru. Eve i Alvaro wsiedli w następny pociąg więc mieliśmy spotkać się dopiero nastpępnego dnia.

::: Piętrowe wagony sypialne :D! Dolny pokład (czyli nasz) okazał się być 2-gą klasą ale i tak było bardzo przytulnie, czysto i wygodnie :::

II. WSPINACZKA – DZIEŃ 1

Kiedy przybyliśmy do Lijiang bardzo wcześnie rano było jeszcze ciemno i zimno. Mieliśmy 2 godziny do zabicia, czekając na Eve i Alvaro, więc po ubraniu się we wszystkie możliwe warstwy, rozsiedliśmy się w bistro na stacji. W środku było tylko trochę mniej zimno niż na zewnątrz (może dlatego że zamiast drzwi z framugi zwisała kurtyna długich plastikowych pasków).  Wkrótce przekonailśmy się, że w tym obszarze nie praktykuje się ogrzewania pomieszczeń, a jedynym sposobem na rozgrzanie się były promienie słoneczne dostępne od wczesnego przedpołudnia.

::: 6 rano na stacji w Lijiang :::

::: Tylko w Chinach – zupa z makaronem i wołowiną na śniadanie :::

:::: Wreszcie! Reunion z Eve i Alvaro po dramacie na lotnisku ::::

Przez czekanie na naszych znajomych nie zdążyliśmy na autobus, musieliśmy wieć wynająć vana, żeby dostać się do małego miasteczka,z którego rozpoczyna się szlak.

::: Mimo, że kierowca był miejscowy, miał pewne trudności ze znalezieniem właściwej drogi. Na szczęście nie wstydził się pytać ludzi, takich jak ta miła pani:::

:::Symboliczny skaczący tygrys przed kasą biletową w Qiaotou :::

::: Michał nie może się już doczekać rozpoczęcia wspinaczki:::

Oczywiście w dużej grupie nigdy nic nie idzie zbyt gładko, więc zanim zaczęliśmy wędrówkę parę osób przypomniało sobie że nie ma chińskich pieniędzy więc wróciliśmy się do pobliskiego miasteczka znaleźć bankomat.

::: Mieszkańcy małego miasteczka w Chinach: :::

Po udanej próbie znalezienia bankomatu był już czas na lunch, więc zatrzymaliśmy się w kolorowym hostelu po drodze.

W międzyczasię zrobiło się już trochę cieplej, więc nie przegapiliśmy okazji na zimne piwko;)… ::: Po zbyt krótkiej nocy w pociągu, superzimnym zimowym porankiem i przejażdżce ciasnym vanem – gotowa na przygodę! :::

Wykorzystując naszą furgonetkę na maxa, dojechaliśmy do końca zakurzonej drogi, na którą autobusy się już nie zapuszczają ( i jeśli będziecie mieli taką możliwość proponuję zrobić to samo). Droga była wąska, stroma i bez pobocza ani żadnych ciekawych widoków ale za to z atrakcją w postaci ciężarówek jeżdżących w górę i w dół .

::: 29 godzin od wylotu z Singa- początek górskiego szlaku ! 😀 :::

 ::: Przez kolejne 2 dni przemieszczaliśmy się na własnych nogach, nocując w hostelach po drodze :::

::: Moja pierwsza wspinaczkowa wyprawa gdzie nie miałam wygodnej bazy żeby zostawić plecak i musiałam go dźwigać przez całą drogę:) :::

:::: Krajobrazy już od samego początku były tak epickie że zatrzymywaliśmy się co 5 minut na foteczkę :::

::: Niespodzianka na trasie – i jeden z moich ulubionych momentów z całej podróży – małe futrzane osiołki!<3 :::

::: Czy to mój tatuaż przypomina krajobraz czy krajobraz przypomina mój tatuaż? :::

Po około 4 godzinach wędrówki zatrzymaliśmy się w przepięknym Naxi Family Guesthouse na szybki odpoczynek (i kolejną epicką sesje zdjęciowo-wideową oczywiście…) :::

::: Alvaro aka nasz reżyser :::

::: Tak, to jest torba na zakupy (ze snakami na wędrówkę ale zawsze). Klasyczny Alvaro który wyglądał jakby wybrał się do centrum handlowego, a nie na wycieczkę w chińskie góry 😀 :::

Czekanie na AlvEve, delektowanie się piwkami i krajobrazami sprawiło że do Naxi Family Guesthause dotarliśmy dość późno (~15.30) i niektórzy członkowie zespołu zaczynali się martwić, czy uda nam się dotrzeć do naszego hostelu przed zmrokiem. Michał znalazł mapę na jednym z murów Guesthausu, pokazującą wyraźnie, że nie zrobiliśmy nawet 1/3 drogi. Dla zobrazowania: pierwsza żółta strzałka, na którą wskazuje Michaowy cień to właśnie Naxi Family Guesthause.  Druga żółta strzałka to Tea-Horse Guesthouse, do którego powinniśmy się dostać przed 18.30. Problem polegał na tym, że nie tylko nie dotarliśmy zbyt daleko, ale najtrudniejsza część – tzw. 28 Zakrętów  (czyli ten stromy, kręty wąż na mapce poniżej)  – była jeszcze przed nami …

W małym popłochu ruszyliśmy więc przed siebie ( nam się nie uda???przecież do tej pory wszystko szło świetnie;)! ) Kiedy się już naprawdę zmęczyliśmy i mieliśmy nadzieję, że przynajmniej większość z 28 zakrętów za nami, ku mojemu przerażeniu napotkaliśmy znak, że 28 zakrętów dopiero się zaczyna😐…

Wspinając się stromą ścieżką, zastanawiałam się czy trasa wzięła swoją nazwę* od liczby zakrętów, czy też była to aluzja do konieczności zatrzymywania się co kilka kroków żeby ze spuszoną głową próbować łapać oddech rzadkiego powietrza …

* [eng.] bend = zakręt / skłon,pochylenie

::: Kiedy jesteś gdzieś głęboko w Chinach, na stromym zboczu góry, bezskutecznie próbujesz zassać wystarczającą ilość tlenu, twoje serce bije jak szalone i za cholerę nie możesz zrozumieć czemu sama się na to skazałaś… :::

::: … ale zaraz potem twój mózg jest zalany falą endorfin i czujesz rodzaj szczęścia, który może pochodzić tylko z kompletnego fizycznego wyczerpania :::

Jeśli zastanawiasz się, czy jesteś wystarczająco sprawny na tą wspinaczkę- mam dla ciebie dobrą(?) nowinę.  W okolicy przechadzają się lokalsi, proponując wynajęcie rumaka, który pokona za Ciebie większość lub chociaż najtrudniejszą część trasy. Osobiście wierzę, że zabójcze 28 zakrętów jest do pokonania na własną rękę (nogę?) jeśli ma się wystarczająco lekki plecak, duży zapas czasu i samozaparcia.

::: Przynajmniej fotka wyglądała fajnie… :::

Przeglądając zdjęcia zdałam sobie sprawę, że byłam zbyt skupiona na stawianiu kolejnych kroków, że podczas 2,5-godzinnej wspinaczki po 28 zakrętach, nie zrobiłam ani jednego . Nie pamiętam nawet innych widoków poza moimi stopami. Tak więc jak wyglądała ta traska niech pozastanie dla Was tajemnicą i motywacją do zobaczenia jej samemu;)!

:::17.42, Mój wysiłek został nagrodzony ogromną satysfakcją i niesamowitym widokiem <3 :::

::: Świetny test na lęk wysokości i widok z lotu ptaka na rzekę Jinsha, górnego odcinka najdłuższej rzeki Azji – Jangcy! ::: 

Słońce powoli zachodziło, więc po radosnej sesji zdjęciowej ruszyliśmy przed siebie (nareszcie w dół i nareszcie z ulgą że raczej uda się dotrzeć do hostelu przed zmierzchem. ::: Wraz z zachodzącym słońcem znowu zaczęło być zimno :::

Do Tea-Horse Guesthouse dotarliśmy triumfalnie jedynie 10min po zmroku. Tylko Michao wydawał się cierpieć z powodu choroby wysokościowej*. Kanion na maksymalnej głębokości ma około 3,790m  od rzeki do szczytu górskiego,  To sprawia, że Tiger Leaping Gorge jest jednym z najgłębszych i najbardziej spektakularnych kanionów rzecznych na świecie, ale szybkie wspinanie się w krótkim czasie bez odpowiedniej aklimatyzacji może okazać się niebiezpieczne, jeśli nie masz szczęścia**.

* nie byliśmy pewni czy to nie zwykłe zaczątki grypy, poza tym pocieszaliśmy się faktem że najważniejsze przy takiej chorobie to zejście z niebezpiecznej wysokości. W przypadku tej trasy szczyt 28 Zakrętów to najwyższy punkt- później już tylko schodzi się w dół wąwozu.

** każdy organizm reaguje inaczej i nawet najwybitniejsi wspinacze nie są odporni na chorobę wysokościową 

W nastęnym odcinku: niebywały klimat Tea-Horse Guesthouse ORAZ drugi dzień wędrówki – czy udało nam się doczłapać do legendarnego miejsca które miał przeskoczyć tygrys…? 😉

:::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

PS. Jeśli zastanawiasz się, co się stało z Simonem- po powrocie do Singapuru w dużym szpitalu pod lotniskiem, zrobiono nareszcie odpowiednie badanie i okazało się, że na szczęście to nie była malaria ale łagodniejsza i nie zagrażająca życiu infekcja wirusowa, więc Simon szybko wrócił do zdrowia.

Follow:
udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *