CHINY: Wąwóz Skaczącego Tygrysa. DZIEŃ 2&3


Dzień 2

Pobudka w Tea-Horse Guesthouse była dość spektakularna, a to dlatego że kiedy przybyliśmy tu poprzedniego dnia było już totalnie ciemno.  Niestety nie miałam zbyt dużo czasu na zachwyty bo kiedy się wygrzebaliśmy z naszego zimnego drewanianego pokoiku, większość gromady była już po śniadaniu i gotowa do wyjścia. Zdązyliśmy cyknąć kilka fotek, wypić chińskie nescafe i ruszyliśmy w drogę.

Kilka zdjęć z niesamowitego Tea-Horse Guesthouse:

::: Mroźny poranek, gorący kubek kawy w ręku i ksiązka o Tybecie w tle na tym tarasie – niebo… gdybym tylko miała na to czas:P  Niestety za późno wstałam na takie fanaberie:::

::: Dlaczego tak pusto? Może dlatego że to grudzień a więc niby-zima? Zdecydowanie polecamy 😉 :::

::: Szybkie śniadanie w stołówce :::

::: Michao powoli odżywa po objawach choroby wysokościowej z poprzedniega dnia: a na stole tradycyjny Naxi bread i Tybetańska herbata (ja się skusiłam na tradycyjnego bananowego naleśnika z czekolodą i Nescafe) :::

::: Salonik właścicieli Guesthousu -w stylu przypomina wnętrze Mongolskiego gera! :::

Muszę przyznać że nasz krótki pobyt był niesłychanie urokliwy. Nie tylko dlatego, że po długim dniu mogliśmy liczyć na ciepły posiłek i duże zimne piwo, ale też dostaliśmy darmowy upgrade do pokojów na wyższym piętrze. Choć pokoje były chłodne i nieogrzewane, gorący prysznic i łóżko ocieplone elektrycznym kocem jeszcze nigdy nie były tak przyjemne. Hostel emanował zimnym spokojem i błogością – aż żałowałam że nie wstałam wcześniej żeby się nim cieszyć troszkę dłużej  (mimo że na codzień nie uznaję poranka jako humanitarnej pory dnia do życia) . Na odchodne od przemiłej pani właścicielki dostaliśmy po bananie, cukierku i… snikersie 🙂

::: Tybet! To brzmi dumnie :::

Tymczasem wędrówka stromym zboczem zaczęła być coraz bardziej epicka…

Po kilku godzinach trafiliśmy do kolejnego miejsca na odpoczynek i lancz, tzw. Half-Way Hostel.

I tu powitał nas kolejny spektakularny taras:

Dziwnym trafem wszyscy byli tak wymęczeni i tak rozleniwieni po posiłku że zapadli w tajemniczą śpiączkę, a ja dość niespodziewanie miałam czas na spełnenie mojego marzenia o chwili dla siebie i mojej specjalnej książki w tej scenerii*! 😀 Kiedy zrobiło się dość późno obudziłam całą gromadę – do naszego kolejnego przystanku wciąż mieliśmy kilka godzin wędrówki.

*na tę okazję wybrałam Lost Horizon– powieść James Hiltona z 1933 roku, znaną jako źródło pochodzenia legendy o Shangri-La, fikcyjnego, utopijnego klasztoru usytuowanego wysoko w górach Tybetu. Spoiler alert: – do Shangri-La, które od niedawna istnieje na mapie Chin jako faktyczne miasto wybieraliśmy się już następnego dnia!

Ostani kawałek okazał się najpiękniejszy z całej wędróki – niebezpieczne strome zbocza, po których skakały kozy, wodospady i zachodzące słońce – bajka!

::: Hitem odcinka były koźlątka i ich mamy z fantazyjnymi fryzurami na głowach :::

Kiedy dotarliśmy do punktu wypadowego z którego schodzi się już bezpośrednio do tytuowego wąwozu (ok 1 godz drogi w dół), mieliśmy dość wrażeń więc odpuściliśmy i postanowiliśmy zaliczyć go na następny dzień na spokojnie.

:::  Zawsze miło jest wesprzeć lokalny biznes i spróbować regionalnych specjałów;) :::

W tutejszych knajpach znajdziecie wiele ciekawych specjałów – nie tylko wspomniane wyżej chleb Naxi, tybetańską herbatę i piwka, ale też wszystko co można zrobić z Jaka (albo raczej Jaka skrzyżowanego ze zwykłą krową bo takie się łatwiej hoduje) – hamburger z Jakiem, pierogi z jakiem, jogurt z mleka jaka itp itd.

::: Warto podróżować – winko z regionu Yunnan :::


Dzień 3

::: Pobudka z niebywałym widokiem vol2. :::

Następnego dnia nareszcie mieliśmy dotrzeć do naszej destynacji – miejsca w dole wąwązu, gdzie zwęża się on na tyle że mógł go przeskoczyć tygrys (rzekomo).

Droga w dół zaczeła się spokojnie, ale po chwili ograniczyła się do prawie pionowej wąskiej ścieżki (zdjęć z trudnych momentów tradycyjnie brak, ale możecie to dostrzeć na filmiku;) )

::: W kilku miejscach na trasie spotkać można miłe panie sprzedające wszystko to co turysta może potrzebować podczas stromej wspinaczki- wodę, snikersy, koraliki, liście marihuany i …kamienie? :::

::: Alvaro jak Chiński królewicz – niestety nie było chętnych żeby go podnieść :::

:::  Wąwóz Skaczącego Tygrysa! :::

::: ‘Gdzie jest Michao’ czyli świetny odpowiednik kolorowego Where’s Wally w ciemno-szarej górskiej scenerii ::: 

Udało się ! Po 2 i pół dniach dotarliśmy do miejsca gdzie spokojna dotąd rzeka nabiera dzikości.  Jedyne co nam zostało to wspiąć się spowrotem w góre i zjeść zwycięski lanczyk – po raz ostatni w pełnym składzie. 

W tym epickim miejscu rozstaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę – część gromady wsiadła w autobus do Kunming (Eve i Alvaro łapali samolot do Niemiec, Wen do Wietnamu) a my (ja, Michao, Gigi, Sandeep i Jeremy)  prywatnego vana w stronę legandarnego Shangri-La…


I na tym kończy się też mój najlepszy-jak-na-razie filmik, kto jeszcze nie widział:

 

Follow:
udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *