tropicalscientist

Posts by this author:

Hawaje- podróż za jeden uśmiech, czyli jak spędziłam 2 tygodnie Couchsurfując przez Stan Aloha

::: Są 2 główne typy podróżowania:  w poszukiwaniu wygody i spokoju albo wręcz przeciwnie- dreszczyku emocji i przygód. To własnie z tym drugim, w zamian za wyjście ze swojej strefy komfortu w pakiecie dostajesz najlepsze historie do o powiadania;) :::

Mój wypad na Hawaje zaczął się jak zwykle od kupienia tanich biletów ‘na żywioł’  z duuużym wyprzedzeniem, bo w okolicach tej daty miałam konferencję naukową w Honolulu.  Nie spodziewałam się jednak turbulencji życiowych które w międzyczasie wywróciły moje życie do góry nogami. Jako że na smutki najlepiej mi zawsze robi ambitne wyzwanie i wyjście ze swojej strefy komfortu, stwierdziłam że to doskonały czas na danie Couchsurfingowi drugiej szansy.* 

Couchsurfing to portal społecznościowy który łączy podróżników z lokalsami- używany głównie do  zorganizowania zakwaterowania (tytułowego coucha,czyli kanapy) ale tez spotkań/eventów w danym mieście czy nawet aktualnych porad/zapytań apropos danego miejsca. Zwykle ludzie ,którzy oferują swoje kanapy sami podróżują i korzystają z kanap innych. W teorii masz więokazję zatrzymać się u kogoś za kompletnie darmo ale też możesz poznać osobę o podobnym, podróżniczym podejściu do życia i mnóstwem ciekawych historii do opowiedzenia. Taki lokals powie ci gdzie jest najlepsza kawa, jak się dostać na zamknięty szlak wspinaczkowy albo gdzie sa najlepsze nieturystyczne miejsca w okolicy.  Jest to jedyna w swoim rodzaju okazja by doświadczyć jak wygląda prawdziwe życie w danym miejscu. Ale! CS to nie darmowy hotel, to doświadczenie. Musisz pamiętać że jesteś gościem i twój pobyt będzie mocno zależał od nieznajomego u którego mieszkasz.  A to dlatego że zwykle oprócz miejsca do spania hości oferują znacznie więcej- swój czas i towarzystwo (w dobrym i złym tego słowa znaczeniu o czym ponizej).

*ostatni raz próbowałam Coucha w Australii i nie skończyło się to najlepiej…


Kanapa nr 1:  Honolulu, Wyspa Oahu

Moim pierwszym hostem miał być Nikodem, mieszkający w Honolulu od kilku lat, rozwijający swoją firmę turystyczną (polecam-klik!). Nie wiedziałam czego się spodziewać bo już dawno nie używałam CS, więc poprosiłam Niko o przechowanie mnie przez 2nocki, a na resztę planowanego pobytu w Honolulu zabukowałam hostel.

Przybyłam do Honolulu wczesnym rankiem, po 14h lotu, z ostatkami baterii w telefonie. Na szczęście wystarczyło żeby śledzić położenie mojego busa na mapie* .  Nikodem napisał mi dzień wcześniej swój dokładny adres i instrukcje gdzie znajdę klucz, bo on już o tej porze będzie w pracy (specjalna skrzynka pocztowa na parterze, nie pytać portiera;)). Nie wiem czemu ale byłam zdumiona że wszystko idzie tak gładko-  wysiadłam na dobrym przystanku, znalazłam wieżowiec i wspomnianą skrzynkę, kod do skrzynki zadziałał i klucze faktycznie tam były. Zadowolona z sukcesów wjechałam windą na odpowiednie piętro, podeszłam do odpowiednich drzwi a tam…ogromny zamek z kodem do wklikania… Spróbowałam kod z dołu – nic. Włożyłam klucz do zamka i spróbowałam przekręcić-nic. W międzyczasie bateria w telefonie oczywiście padła. Jeśli moje doświadczenie doktorantki mnie czegoś nauczyło to to żeby się nie poddawać. Zignorowałam wiec zakodowany zamek  i spróbowałam włożyć kluczyk w niepozorny górny zamek-i..  zadziałało! Okazuje się że dolny zamek w ogolę nie był potrzebny hehe.

Z ulgą otworzyłam drzwi i moim oczom ukazało się przytulne studio z obiecaną kanapą pod ścianą. Na kanapie czekał powitalny Lei z kwiatów. Przez uchylone drzwi do balkonu widać było bulwar prowadzący na plaże, wysokie palmy a w oddali- hawajskie wzgórza. Dopiero wtedy do mnie dotarło jaką jestem farciarą i że jestem na Ha-wa-jach (!) 😀   

*publiczne autobusy na Oahu są dość częste (co 15-20min), bilet jednorazowy:$2.5, całodniowy: $5.5

:::  Wieniec z kwiatów na powitanie, czyli tzw. Lei to chyba najsłynniejszy symbol Hawajów, doskonale reprezentujący ducha Aloha!:) ::: ::: Widok z mieszkanka Niko :::

::: Krótkie InstaStory z mieszkanka Niko :::

Mojego hosta poznałam dopiero popołudniem. Zadzwonił do mnie po pracy pytając czy chce iść z nim na… jogę 😛 Niko polecił mi zapisanie się na darmowy trial na tydzień, dzięki czemu do końca mojego pobytu zupełnie nieoczekiwanie mogłam się cieszyć jogą w profesjonalnym Hawajskim studiu..!

To był początek pięknej przygody (i przyjaźni).  Co jeszcze zawdzięczam Niko, czego nie doświadczyłabym wybierając hotel zamiast Couchsurfingu (CS)? 

Plusy mojego CS w Honolulu:

  • Po pierwsze, ale nie najważniejsze,  mieszkanie w samiutkim centrum Honolulu, tuż przy legendarnej plaży Waikiki.  

:::: Honolulu,Seaside Avenue. Przede mną budynek z moją pierwszą kanapą, a za mną przejście na słynną PLAŻę WAIKIKI!:D ::::

::: Plaża Waikiki: magiczne i surrealistyczne miejsce. W tle słynny krater wulkanu Diamond Head :::

  • bezcenne insiderowe tipy, czyli np. gdzie kupić amerykańską kartę sim do telefonu, gdzie jest najlepsza kawa i acai bowl (tutejszy smakołyk śniadaniowy)

::: Tylko na Hawajach- świeże mango jako przekąska do kawy! <3 :::

  •  coś co Marleny lubią najbardziej, czyli szalona jazda na 1000cc motorze Niko po wzgórzach Honolulu. Było to moje Hawajskie marzenie nr 1, a sama mogłabym wypożyczyć jedynie marny skuter ( po pierwsze ceny takich maszyn są zawrotne, po drugie moja licencja pozwala mi na jedyne 250cc…) 

  • profesjonalna wycieczka objazdowa po Honolulu i Pearl Harbour! Niko jest z zawodu przewodnikiem i zaprosił mnie na zobaczenie go w akcji. Pewnie zauważyliście że moje wyjazdy są zwykle ‘na dziko’ i raczej korzystam z wikipedii niż profesjonalnych przewodników więc było to ciekawe doświadczenie. 

 ::: Wycieczka! 😀 :::

::: Z Niko nie sposób się nudzić- nie ma to jak karaoke do przebojów tercetu egzotycznego, czy ‘ Na Hawajskich Piaskach’, kabaretu Pirania:) :::  

::: Niko w akcji :::

::: Pearl Harbour robi ogromne wrażenie – polecam! Na koniec wycieczki obowiązkowo zjedliśmy typowego amerykańskiego hotdoga z …kiszoną kapustą ::: 

::: Pomnik tuż nad miejscem zatopienia pancernika USS Arizona z 1,102 Marines na pokładzie podczas ataku Japońskich sił zbrojnych na Pearl Harbour 7grudnia 1941r . Wraku i ciał nigdy nie wydobyto :::

  • nieoficjalna wycieczka do bajecznego polskiego konsulatu podlać kwiatki bo Pani konsul jest na wczasach w Polsce (po podlaniu okazało się że połowa z nich jest plastikowa).  Biuro turystyczne Niko założyła Konsul RP Bożena Jarnot, z którą Niko pozostaje w przyjacielskich relacjach.  

::: Widok na Diamond Head z mieszkania-biura Pani Konsul. Eh, chyba wybrałam zły zawód :::

  • poznanie znajomych Niko, jako ze zapraszał mnie na doczepkę na liczne imprezy, m.in sandbar boat party czy beach party na północnym wybrzeżu zorganizowane przez tańczących z ogniem hipisów
  • kilka szalonych ale nie do końca legalnych rzeczy o których nie będę się tu rozpisywać ale chętnie opowiem osobiście

Minusy CS w Honolulu:

Mieszkanko Niko to studio gdzie w jednym pokoju było łózko, kanapa, domowe biuro i kuchnia więc prywatności było zero. Mnie to nie przeszkadzało bo okazało się że Niko jest strasznie fajną osobą i czułam się u niego jak w domu. W rezultacie anulowałam hostel i zostałam na dodatkowe 3 noce. 

Następnym punktem programu miała być sąsiednia wyspa- Kauai. Ostatnią noc w Honolulu przebalowałam z Niko i nowymi znajomymi, wróciłam do mieszkanka zabrać swój plecak i ruszyłam na lotnisko.

::: Między wyspami nie kursują promy – są za to linie lotnicze z całkiem przystępnymi cenami i częstymi lotami :::


Kanapa nr 2: Princeville, Wyspa Kauai

Kolejna wyspa- kolejna Couchsurfingowa przygoda. Muszę przyznać że widziałam wiele miejsc ale nigdy nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak Kauai. Dzikość, monumentalność stromych gór, wulkaniczne plaże, piękno i obfitość przyrody bez naturalnych drapieżników była …powalająca. Czułam się jak w Jurassic Park. Okazało się ze jest to wyspa wyjątkowo nie-turystyczna. Prawie nie ma tu publicznego transportu, zamiast rezortow i hoteli są rezydencje bogaczy.

:::Kauai epatuje epickością i magicznym klimatem zaginionego świata. Bardzo rzadko zdarza mi się przybyć do jakiegoś miejsca i stwierdzić ze już więcej nigdzie nie muszę się ruszać…  ::::

Mój kolejny host- Krishna jest Amerykaninem, którego rodzice byli hipisami i cale dzieciństwo spędził podróżując z nimi po całych Stanach. Jako że bez samochodu poruszać się po Kaiai jest trudno, Krish zaoferował ze odbierze mnie z lotniska (mimo ze jego dom jest na drugim krańcu wyspy!). Po drodze pokazał mi kilka punktów widokowych i jako że zaczynałam powoli odczuwać brak snu poprzedniej nocy, zabrał na kawę w lokalnej kawiarni.  

Plusy mojego CS na Kauai:

  • po raz kolejny przyszło mi mieszkać w najbardziej niesamowitym miejscu na wyspie, czyli tuż pod wybrzeżem Na Pali, z którego znane jest Kauai.  

::: Moja kanapa znajdowala sie w salonie z wyjsciem na taras z takim oto widoczkiem po przebudzeniu…  :::

  • Krish był niebywale uczynnym hostem. Rano robił pyszną kawę z profesjonalnego ekspresu i tosty z awokado, które zerwaliśmy nieopodal.   

::: Śniadanko z widokiem na ocean :::

::: W domu Krisha :::

 ::: Zrywanie awokado prosto z dzikiego drzewa :::

  •  Krish oprowadził mnie po okolicy, wskazując lokalne rośliny i ich zastosowania

::: Naturalny żel do twarzy, szampon i odżywka w jednym – super dla umęczonych słoną wodą i słońcem włosów:::   

::: Dzika Guawa- pycha! ::::

  • hitem tripa na Kauai okazało się jednak cos co jest niemożliwe do zorganizowania dla przeciętnego turysty- pływanie skuterem pod Na Pali! 😀  Oficjalnie- najbardziej niesamowita rzecz jaka kiedykolwiek zrobiłam i nie wiem jak to przebije. Skuter należał do przyjaciela Krishny i nie jest to typowy (ani legalny-ale ciii) sposób na oglądanie Na Pali. 

::: Jako że na co dzień jeżdżę motorem oraz pływałam kiedyś (raz) skuterem mojego kochanego taty po Bałtyku, stwierdziłam że przecież to nie może być takie trudne;) :::

Na pali można zobaczyć z lądu podczas hikingu (ale szlak jest obecnie zamknięty), z powietrza (przeloty helikopterem) albo z oceanu (ale fale są wysokie a skały niebezpieczne wiec turystów zwykle obwozi się dużymi statkami). 

:::  Wybrzeże Na Pali :O :::

::: Wciąż nie mogę uwierzyć że byłam tak blisko tych masywnych skał i mogłam poczuć na własnej skórze żywioł jakim jest ocean :::  

  • Kolejną ciekawostką była wskazówka Krishny, żeby korzystać z udogodnień pobliskiego rezortu. St. Regis jest tak odległy a Kaui tak mało turystyczna, że nikt nie będzie podejrzewał, że nie jestem jednym z gości 😉

::: Chill w St. Regis :::

::: Taras St.Regis – idealne miejsce do oglądania zachodów słońca :::

Minusy Couchsurfingu na Kauai:

Brzmi jak bajka…? No własnie nie do końca. Teraz was zaskoczę-Krish okazał się nie być w pełni zdrowy psychicznie. Zauważyłam że coś jest nie tak już podczas czatowania na CS ale jako wolontariuszka hipoterapii, miałam do czynienia z rożnymi przypadkami. Kiedy spotkałam Krishne na lotnisku w Kauai z początku wydawał się być po prostu trochę powolny. Dopiero po czasie zaczęłam zauważać dziwny powolny sposób mówienia i spokojne, nieobecne spojrzenie.   

  • Przez cały mój pobyt, Krish zasypywał mnie teoriami spiskowymi  i dziwacznymi faktami ze swojego życia. Niektóre z nich okazały się prawdziwe, ale większość była po prostu.. szalona. Krish twierdził np. że wielokrotnie widział kosmitów na Kauai, a sam nie może opuścić wyspy bo w przeszłości pracował dla DARPA (agencja wojskowa USA ds. technologii) i że zna za dużo ich sekretów. Jego ulubione tematy rozmów do porannej kawy to między innymi tajne eksperymenty genetyczne amerykańskiej armii, o których wie tylko on, czy technologie do czytania w myślach. Wszystko to wydawało się nieszkodliwe, oprócz jednego incydentu. Drugiego dnia Krish przyniósł z tarasu duży ciężki kamień i z uśmiechem na ustach stwierdził że ma on magiczną moc. Powiedział że czasem kamień ma dobry humor a czasem zły i żebym wtedy lepiej się do niego nie zbliżała, bo może być niebezpieczny.  

::: Krish uwielbiał dyskutować ze mną o neurotechnologiach:::

  • Krish okazał się być bardzo zaangażowanym hostem który miał za duż o wolnego czasu. Kiedy po samotnym hikingu grzecznie próbowałam mu wyjaśnić ze wolę chadzać swoimi ścieżkami, Krish się na mnie obraził … Jako ze zniosę wszystko (włącznie z groźbami magicznych kamieni) oprócz czyiś humorków, tego samego dnia wyprowadziłem się na kanapę nr 3- do przypadkowo poznanej couchsurferki Dahn i cieszyłem się Kauai w spokoju.    

Kanapa nr 4- Haleiwa, North Shore, Wyspa Oahu

Na ostatni weekend wróciłam na Oahu ale tym razem na północne wybrzeże, które jest o wiele spokojniejsze niż południe, gdzie leży Honolulu. Haleiwa ma urok małego, cichego hipsterskiego miasteczka i jest znana ze świetnych fal do surfingu.

Mój trzeci host – Ryan, zaskoczył mnie na dzień przed przyjazdem wysyłając mi wiadomość że tak właściwie to kanapa w jego domu będzie zajęta, ale jeśli chce to może mi odstąpić swojego podróżnego vana (takiego z pożądnym materacem do spania). Trochę byłam skołowana, ale akurat siedziałam w Tiki Barze z Dahn i ta zachęciła mnie żebym poszła na żywioł, bo przecież od tego jest podróżowanie.

::: Mój ‘dom’ ma następne 2 noce::: 

Przyleciałam na Oahu następnego dnia wieczorem. Ryan był tak miły że nie tylko odebrał mnie z przystanku autobusowego w Haleiwie żebym nie musiała szukać jego domu po ciemku ale tez od razu zabrał mnie na powitalne piwo do lokalnego baru. Głupio mi było powiedzieć nie, mimo ze jedyne o czym marzyłam to prysznic bo cały dzień przed lotem na Oahu jeździłam skuterem po Kauai w poszukiwaniu scenerii gdzie kręcili faktyczny Jurassic Park i byłam nieco zakurzona. Okazało się że chwile po tym jak skończyliśmy nasze jedno piwko zaczęła się happy hours: 1 piwko za 1 dolara… i tak przebalowaliśmy pół nocy, miałam okazje poznać masę miejscowych ludzi i zobaczyć jak się bawi północne Oahu.

Plusy CS w Haleiwie:

  • spanie w vanie okazało się świetną przygodą, materac był naprawdę wygodny a ja mogłam cieszyć się odrobina prywatnej przestrzeni po raz pierwszy od 1,5tyg! 🙂

  • przez to ze zostawiliśmy samochód pod barem, rano pojechaliśmy na kawę na uroczych rowerach (zdjęć brak -przed pierwszą kawą nie umiem normalnie funkcjonować) 

::: Widoczek z domu  Ryana ::: 

  • Ryan pokazał mi miasto i zabrał do fabryki desek surfingowych, gdzie jego kolega zrobił mi prywatną wycieczkę-  nie miałam pojęcia jak dużo specyficznej wiedzy potrzeba żeby zrobić dobrą deskę

::: Super oldschoolowe miejsce w Haleiwie z najdziwniejszą fabryką mydła jaką widziałam ::::

Minusy CS w Haleiwie

  • Jako że mieszkałam w vanie, musiałam korzystać z łazienki i prysznica w domu, co było dosyć niezręczne. Domownicy nie za bardzo rozumieli koncept CS i widać było że nie jestem tam do końca mile widziana. Zwłaszcza że do jednego z nich przyjechała w odwiedziny siostra (na moją obiecaną kanapę) wiec i tak było więcej ludzi niż zwykle. Ryan przyznał ze dawno nie miał couchsurferów i nawet nie uprzedził o mnie swoich współlokatorów.

Bonus – Laie houseparty i niespodziewana kanapa nr 5 nad oceanem

Ostatniego wieczora Niko zadzwonił zapytać jakie mam plany i ze muszę koniecznie wpaść na domówkę do Laie. Laie jest w zupełnie innym krańcu wyspy, oddalonym od Haleiwy o 1.5h  a ja z rana miałam samolot powrotny do Singapuru.  Dodał że jego znajoma będzie jechała rano do Honolulu do pracy wiec mnie podwiezie. Długo mnie nie musiał przekonywać, bo jego znajomych poznałam wcześniej i stwierdziłam ze fajnie będzie spędzić ostatni wieczór wśród ‘swoich’.  Spakowałam manatki z mojego vana, pożegnałam się z Ryanem i jego współlokatorami i wsiadłam w autobus do Laie…

::: Kanapa nad oceanem-  bez dwóch zdań najbardziej niesamowite miejsce w jakim przyszło mi przenocować-wśród szumu oceanu, grzejąc się pod kocykiem (to nie Singapur, w nocy można trochę zmarznąć)  :::

::: Rafa koralowa zamiast ogródka przed domem? Czemu nie :::: 

::: Orzeźwiająco chłodny poranek w Laie<3 :::


Mogę szczerze powiedzieć- misja wykonana. Hawaje okazały sue dla mnie oczyszczającym przeżyciem pełnym niezapomnianych przygód i widoków. Dzięki CS spotkałam najfajniejszych i najdziwniejszych ludzi, zrobiłam rzeczy o jakich mi się nigdy nie śniło*  i przekonałam się ze jednak jest na tym świecie zwykła ludzka życzliwość. Sami oceńcie czy dla was przygoda, nietypowe spotkania i unikalne doświadczenia są wystarczająca przeciwwagą dla ryzyka i niewygody coucha;) 

Jako że byłam w dość specyficznym stanie umysłu, przyznaję że miałam kilka ryzykanckich przygód, których tu nie opisałam bo nie pasowały do tematyki posta. Np? Samotna wspinaczka na zamkniętej trasie stromego klifu, problemy z amerykańską policją,  łapanie autostopa o 4 rano w środku dżungli i wiele innych..

Follow:

SUMATRA | dzikie orangutany, dżungla i wioseczka Bukit Lawang… w 1 dzień

Zobaczenie orangutanów na wolności marzyło mi się już od pewnego czasu. Można to zrobić w kilku miejscach na Borneo lub Sumatrze, ale Bukit Lawang jest jednym z najłatwiejszych (i najtańszych) do dostania się. Wystarczy krótki lot z Singapuru do Medan i kilka godzin jazdy samochodem, aby znaleźć się w samym środku dżungli na Sumatrze:

Jedyne, co wcześniej zorganizowaliśmy, to przelot i zakwaterowanie na 1 noc*. Yup- 1 (jedną!) noc :). Z założnia miał to być krótki i intensywny wypad weekendowy. Wyruszyliśmy w sobotę rano żeby dotrzeć do Bukit Lawang późnym wieczorem. Całą niedzielę spędziliśmy na miejscu a wyjechaliśmy tego samego dnia około północy, aby po całonocnej podróży, w poniedziałek rano wrócić do pracy w Singapurze! 🙂

* Przejazd z lotniska w Medanie i trekking po dżungli pozwoliliśmy sobie zorganizować przez nasz hostel **

**Polecam! On The Rocks to kilka dwu-osobowych bungalowów pośród dżungli, tuż obok wioski, a właściciele są bardzo mili (pytajcie o zniżki na trekking;) )

Jeśli ciekawi was budżet takiej wyprawy, my za wszystkie te przyjemności zapłaciliśmy odpowiednio (za osobę):

  • przelot z Singpuru: ~200PLN, domek w dżungli: ~27PLN, przejazd samochodem z Medanu (w obie strony): ~82PLN, 1-dniowy trekking: ~178PLN


I. WELCOME TO THE JUNGLE!

Startując z Bukit Lawang możesz zrobić różne trekkingi po dżungli, w zależności od tego ile masz czasu (opcje to od 3 godzin do 3 tygodni). My wybraliśmy się na 1-dniowy “Trekking Kurczaka” (standardowa cena za osobę to 45 euro, w tym profesjonalny przewodnik, pozwolenie, świeże owoce i lunch). Wycieczka rozpoczyna się o 9.00 rano (oficjalnie, bo dla nas zaczęła się ‘mniej więcej po śniadaniu jak już wszyscy się wygrzebali”) i trwa około 5 godzin. Powiedziałbym, że wymagany poziom sprawności to średni – tempo jest dość szybkie, a dżungla nie jest płaska (niespodzianka!), więc trzeba wspinać się w górę i w dół przez las.

Zazwyczaj nie lubię być prowadzona przez przewodników ale tutaj dżungla jest gęsta i nie ma wyraźnego „turystycznego”szlaku.

::: Nasz lokalny przewodnik od czasu do czasu zatrzymywał się żeby pokazać nam drzewo, małpę albo ptaka :::

::: Thomas Leaf Monkey, małpka endemiczna dla północy Sumatry! Widzieliśmy ich całe bandy nie tylko w dżungli, ale też później w wiosce :::

Dżungla, Thomas Monkeys i gigantyczne mrówki były fajne, ale właściwy powód dla którego tu przybyliśmy to ci goście :

Znane z charakterystycznego czerwonego futra, orangutanynajwiększym ssakiem nadrzewnym,  Długie, potężne ręce i chwytające dłonie i stopy pozwalają im  z łatwością poruszać się po gałęziach. Te niezwykłe małpy dzielą z nami 96,4% genów i są wysoce inteligentnymi stworzeniami.

Nazwa orangutan oznacza “człowiek z lasu” w języku malajskim.  Żywią się dzikimi owocami, takimi jak liczi, smaczeliny(?) i figi, a wodę wysiorbują z dziur w drzewach.  W nocy śpią w swoich nadrzewnych gniazdach, a w ciągu dnia odpoczywają (całkiem fajny lifestyle, prawda?). Dorosłe orangutany mogą ważyć nawet 90 kg.

Orangutany borneańskie i sumatrzańskie różnią się nieznacznie wyglądem i zachowaniem. Orangutany sumatrzańskie mają dłuższe owłosienie na twarzy i podobno bliższe więzi społeczne niż ich kuzyni z Borneo. Orangutany borneańskie za to częściej schodzą z drzew i poruszają się po ziemi. Niestety oba gatunki doświadczyły gwałtownych spadków w populacji. Jeszcze sto lat temu orangutanów było ponad 230 000, tymczasem szacuje się że obecnie orangutanów borneańskich jest a około 104 700 (zagrożone) a sumatrzańskich tylko 7 500 (krytycznie zagrożone) [źródło i więcej o orangutanach]

Moim największym zaskoczeniem było, gdy po śniadaniu nie mogąc się doczekać wymarszu w głąb dżungli, zastanawiałam się, czy będziemy mieć farta żeby zobaczyć przynajmniej jedenego dzikiego orangutana. Wtedy mój kolega, niewzruszony, stwierdził, że spoko, on już jednego widział niedaleko naszych bungalowów! Popędziliśmy na miejsce a tam … mama orangutan ze swoim maluszkiem! Popatrzyła na nas, zgarnęła swoje bobo i jak gdyby nigdy nic poszła sobie dalej w dżungle (bobo bardziej się turlało niż szło – co udokumentowałam na moich insta story highlights). To było jedno z najbardziej niesamowitych momentów w stylu “właśnie-dlatego-podróżujesz” 😀 .

Po tym epizodzie spotkaliśmy jeszcze kilka innych małp.  Przewodnicy dobrze znają orangutany żyjące wokół Bukit Lawang i wiedzą gdzie je znaleźć. Widzieć je z tak bliska w ich naturalnym środowisku bez płotów i klatek było dosyć magicznym doświadczeniem.  Orangutany z natury są przyjazne, ale kiedy napotkaliśmy ogromną samicę która zeszła do nas z drzewa, kazano nam zachować większy dystans. Ponoć Mina słynie z agresywności w stosunku do ludzi*, więc przewodnicy przekupują ją bananami**.

* nie bez powodu- Mina ma złe wspomnienia związane z ludźmi.  Jako mała małpka była przymusowo odłączona od matki i trzymana w niewoli, gdzie nie była dobrze traktowana (więcej tutaj).

** jest to jedyny wyjątek – przewodnicy nie karmią zwierząt w dżungli żeby ich nie udomowić – widzieliśmy za to jak nasz przewodnik nakarmił siebie gigantyczną mrówką wzbudzając podziw u chłopaków i piski obrzydzenia u dziewczyn.

::: Mama orangutan i jej bejbi:::

::: Przerwa na owocki :::


II. TUBE-RAFTING

Trekking kończy się, gdy dojdziesz do rzeki:

Za dodatkowe 10 euro, możesz spłynąć do wioski na pontonach (opcjonalnie). To nie tylko superzabawa, bo rzeka jest momentami bardzo porywista ale też okazja żeby zobaczyć i podziwiać dżunglę z zupełnie nowej perspektywy. Jak wygląda taki spływ widać przez kilka sekund mojego filmiku (klik).

Widok z pontona:

::: Przybycie do wioski i koniec przygody w dżungli -chlip:::

::: Wioseczka Bukit Lawang :::


III. WIECZoRny spacer po wiosce BUKIT LAWANG

Nie mając nic innego do roboty, poszliśmy przejść się po wiosce, podpatrzeć jak żyją lokalsi.

:::Budka z Bakso – głownego powodu dla którego Michao podróżuje do Indonezji :::

::: ‘pyszne’ Bakso w całej okazałości :::

::: Romantyczne widoczki :::

::: Mosty! Najbardziej widowiskowe i przerażające obiekty w wiosce – nie tylko nie wyglądają zbyt solidnie ale też trzeba patrzeć pod nogi, bo często brakuje nawet kilku kładek pod rząd, a dno rzeki kilka metrów poniżej jest płytkie i kamieniste:::

::: Zmierzch w wioseczce :::

Nadal nie mogę uwierzyć, że zrobiliśmy to wszystko w ciągu 1 dnia! Nie taki kiepski pomysł na weekend, prawda …?

Krótki filmik z wyprawy: 

 

Follow:

Kamienny Las | CHINY

Nasza drużyna skurczyła się po raz kolejny, ostałam się tylko ja, Michał i Jeremy. Reszta wycieczki wybrała wcześniejszy lub inny lot do domu. My zdecydowaliśmy, że do Singapuru wylecimy wieczorem, więc mieliśmy jeszcze cały dzień w Kunming. Rezolutny Michao wpadł na pomysł, że możemy odwiedzić pobliską atrakcję turystyczną klasy AAAAA (! 🙂 ) – Kamienny Las! Okazało się że dostać się tam można całkiem wygodnym autobusem z lotniska Kunming w 1.5godz.

Kamienny Las: Turystyczny vs Tajemniczy

Kamienny Las to niebywały zbiór wapiennych formacji o powierzchni około 500 km2 (!), położony w autonomicznym okręgu Shilin Yi, prowincja Yunnan,  około 90 km od Kunming w Chinach. Ten ogromny obszar dzieli się na kilka sektorów (Greater & Lesser Stone Forests, Naigu Stone Forest itp), ale część turystyczna jest dość rozpoznawalna.

Prawie nikt nie zapuszcza się dalej niż kilka popisowych miejsc przy wejściu. Większość ludzi po prostu kupuje dodatkowy bilet na objazd dookoła minibusem. My wybraliśmy tańszą, przygodową opcję, czyli  wędrowanie po kamiennym lesie bez celu i planu, próbując się w nim zgubić.  Wchodząc w głąb zaledwie 100 metrów od głównych ścieżek, mieliśmy ‘las’ dla siebie!

::: Trudno uchwycić to na zdjęciu, ale te skały są naprawdę wysokie! :::

::: Jeremy i Michal w lewym dolnym rogu dla skali  :::

Wysokie skały wydają się wyrastać z ziemi w sposób nieco przypominający stalagmity, gdzieniegdzie wyglądając jak skamieniałe drzewa, tworząc w ten sposób iluzję ‘lasu z kamienia’. Uważa się, że te formacje, spowodowane erozją wapienia, mają ponad 270 milionów lat (!). Od 2007 roku dwie części terenu, Naigu Stone Forest i Suogeyi Village zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

::: Michał- kameleon doskonały :::

MIŁOSNA LEGENDA – zaliczona.

Wygląda na to, że każde turystyczne miejsce w Chinach ma własną legendę o (nieszczęśliwej/niespełnionej) miłości. Kamienny Las nie może być gorszy! Według legendy, jest miejscem narodzin Ashimy (阿诗玛), pięknej dziewczyny z ludu Yi. Kiedy zakochej dziewczynie odmówiono poślubienia wybrananka, ta zamieniła się w kamień, który wciąż nosi jej imię.

::: Jeremy zamieniony w skałę… :::

Żegnajcie CHINY!

Po całym dniu chodzenia wąskimi przesmykami między kamulcami, złapaliśmy ostatni autobus na lotnisko w Kunming, zabraliśmy nasze torby z przechowalni bagażu i zaczekinowaliśmy się na nasz późno-wieczorny samolot. Kamienny Las zdecydownie polecamy jeśli będziecie w okolicy!

:::Tablica informacyjna : “Ostatni autobus jest o 18 i wypadek samochodowy jest dobrowolny”:::

 

Follow:

CHINY: Shangri-La la land

Do Shangri-La dotarliśmy późnym popołudniem, okropnie wygłodniali (wyruszyliśmy z naszej wioski pod Meili Mountain około 10 rano i wszystkie miejsca które odwiedziliśmy były totalnie puste). Na specjalne życzenie Michao, oto mapa naszej podróży do tej pory:

Tak więc pierwszą  pilną rzeczą do załatwienia  po dotarciu do naszego hostelu było JEDZENIE. Niestety, nasz hostel okazał się tak niesamowity że trochę się ociągałam z opuszczeniem naszego pokoiku żeby zrobić kilka fotek póki jeszcze było jasno:

::: Kiedy twój hostel okaże się lepszy niż na zdjęciach w interentach :::

::: Spanie w tykich miłych okolicznościach specyficznej architektury Shangri-La kosztowało nas tylko ~50zł za pokój! :::

Moim skromnym zdaniem malutki zimny hostel w prawdziwym Shangri-La był o wiele bardziej klimatyczny niż  ***** hotel z sieci Shangri-La. 

::: Główna świątynia, której bok widać było z naszego okna :::

::: Jak, który wyglądał jakby się zgubił 🙂 :::

W tej miejscowości spędziliśmy mniej niż jeden dzień. Przyjechaliśmy późnym popołudniem a samolot do Kunming mieliśmy już następnego dnia rano. Mimo to fajnie było przejść się uliczkami mroźnego miasteczka i próbować porówywać go z książkowym pierwowzorem.

::: Hipsterska kawiarnia z WiFi i goframi – pierwszy znak, że Shangri-La może nie być spokojnym, odosobnionym klasztorem, o którym czytałam w książce… :::

::: Urokliwe uliczki Shangri-La :::

::: Widok z restauracji -wierzcie lub nie wybraliśmy… tureckią knajpę😛 :::

::: Shangri- La nocą nabiera zupełnie nowego magicznego klimatu … ::::

Jak może zauważyliście, stare miasto zostało przekształcone  w sklepy z pamiątkami/rękodziełem, kawiarnie i restauracje.. Mimo, że podświetlone domki są niezaprzeczalnie bardzo piękne, czuć że to wszystko jednak było zrobione pod turystę.  I tu niespodzianka,  tajemnicze Shangri-La to tak naprawdę Zhongdian , które zmieniło swoją  nazwę zaledwie kilkanaśnie lat wcześniej aby … zgadliście- przyciągnąć turystów.  Skąd wzięła się ta legendarna nazwa i dlaczego jest tak legendarna  postaram się opowiedzić w kilku akapitach i kiku zdjęciach wspinaczki po schodach tej kolorowo oświetlonej świątyni poniżej * ->

Wyobraź sobie tajemniczy Buddyjski klasztor, wysoko w niedostępnych górach Azji, gdzie ludzie wyrzekli się materializmu i przemocy a mnisi oprócz kolekcji dziedzictwa światowej kultury strzegą też …sekretu nieśmiertelności.  Ta utopijnej sceneria to Shangri-La, stworzona przez pisarza Jamesa Hiltona w jego powieści “Zagubiony horyzont” z 1933 roku. Główny bohater, brytyjski dyplomata, niespodziewanie znajduje się w tej mistycznej dolinie wbrew swojej woli, ale wkrótce uświadamia sobie wyjątkową okazję by odnaleźć spokój od konfliktów i problemów jego świata…

A problemów i konfliktów człowiek z czasów owej publikacji doświadczał sporo. Świat właśnie przeszedł niewyobrażalną rzeź I wojny światowej, a po katastrofie na Wall Street w 1929 roku doznał załamania gospodarczego i masowego bezrobocia. Był to również czas rosnącej popularności Hitlera i Mussoliniego, z perspektywą kolejnej, jeszcze większej wojny na horyzoncie. Nic dziwnego, że publiczność tak chętnie przyjęła eskapistyczną fantazję o zagubionym świecie pokoju, cywilizacji i piękna.

Tymczasem Tybet był nadal niemal mitycznym miejscem dla większości ludzi Zachodu. Bardzo niewielu z nich dotarło na”dach świata”, a jego granice z Indiami i Nepalem dopiero zaczynały być eksplorowane. Wielu ludzi nadal wierzyło, że tybetańscy lamowie mają nadprzyrodzone moce, mogą lewitować i czytać w umysłach lub przewidzieć przyszłość. “Zagubiony Horyzont” stał się natychmiastowym bestsellerem i a na jego podsawie legendarny reżyser Franka Caprna nakręcił film o tym samym tytule.  Atrakcyjność Shangri-La była tak silna, że przetrwała próbę czasu: powstała sieć hoteli o tej samej nazwie, film doczekał się remaka, a książka pozostaje w druku.

W ostatnich dziesięcioleciach wzrosło zainteresowanie wyśledzeniem “prawdziwego” Shangri-La.  W 2001 r. miasto Zhongdian w prowincji Yunnan posunęło do tego, że oficjalnie zmieniło nazwę na Xianggelila (Shangri-La). Nie przeszkodził im fakt, że książkowa lokalizacja Shangri-La jest niejasna, ani też to że conajmniej kilka obszarów południowo-zachodnich Chin w prowincji Yunnan i Syczuan, cytując fragmenty książki Hiltona twierdziły, że to właśnie one były dla niego inspiracją.

Z książki możemy doczytać się tylko kilku szczegółów – wiadomo że Shangri-La jest żyzną doliną gdzieś w Himalajach, odciętą od świata zewnętrznego przez wysokie góry i jest miejscem klasztoru, praktykujego mieszankę Buddyzmu i chrześcijaństwa. Jednym z najbardziej wyrazistych obietków w książce jest majestatyczny szczyt Karakal, górujący nad doliną Shangrila. Karakal mógłby być odniesieniem do Karakoram, wschodnim obszarze Himalajów, który w 1930 roku właśnie otwierał się na zachodnich odkrywców, jednak sam Hilton w Himalajach nigdy nie był.

Dla głównego źródła inspiracji dla Shangri-la, powinniśmy zwrócić się do artykułów austriacko-amerykańskiego odkrywcy, Josepha Rocka. W czasach, gdy Hilton pisał “Zagubiony horyzont”, ten ekscentryczny botanik opublikował właśnie serię niesamowitych relacji z jego podróży po południowo-zachodnich Chinach, w magazynie National Geographic. Wykorzystując wioskę pod Lijiang jako swoją bazę, Rock odbył długie wyprawy w odległe zakątki Yunnan i Syczuan, spędzając miesiące na zbieraniu roślin, robieniu zdjęć, tworzenia map i zapisywaniu stylu życia wielu różnych mniejszości etnicznych żyjących w tych odległych wyżynach. Jego relacje z podróży sprawiły, że stał się gwiazdą na Zachodzie, a jego artykuły – prawdopodoną bazą do “Zagubiongo horyzontu”.

Jest wiele paraleli między faktycznymi opisami Rock’a a fikcyjną prozą Hiltona. W czasie podróży Rock opisywał przemożne poczucie izolacji, które odczuwał podczas swoich podróży:

“Żadnych perspektyw, w żadnym kierunku!“, napisał w swoim artykule dla National Geographic z 1929 roku. “Tutaj ludzie żyją i umierają bez najmniejszej wiedzy o świecie zewnętrznym! Jakże dręczące dla nich musi być pogrzebanie żywcem w tych rozległych kanionach. A może są bardziej szczęśliwi z tego powodu? “.

“Tutejszy krajobraz jest przytłaczająco ogromny.  Prawdopodobnie nieporównywalny z żadnym miejscem na świecie, pozostający terenem zamkniętym od stuleci, z wyjątkiem dla kilku uprzywilejowanych, którzy nie przejmują się pełzaniem jak mrówki przez kaniony tropikalnego gorąca w górę lodowców i przełęczy przez oślepiające burze śnieżne, niosąc swe pożywienie ze sobą”*

*trochę jak my w Wąwozie Skaczącego Tygrysa (ok, minus burze śnieżne;) )

Ale znalezienie w artykułach National Geographic jednej lokalizacji na mapie, która miała być pierwowzorem dla Shangri-La nie jest już tak oczywiste… Weźmy na przykład świętą górę Karakal. Hilton opisuje ją w słowach podobnych do tych, które były używane przez Josepha Rock’a na widok góry Konkalingu w Jambeyang, w prowincji Syczuan. Interesujące jest to, że w swojej relacji na temat Konkalingu Joseph Rock wspomina także o odciętym od świata zewnętrznego klasztorze. Powodem nie była jednak fizyczna izolacja a raczej miejscowi bandyci, którzy mimo bycia pobożnymi wyznawami buddyzmu, mordowali każdego, kto odważyłby się postawić stopę na ich terytorium. Inną górą wspomnianą w raportach wyprawy Josepha Rock’a jest słynna Góra Kawakarpo (znana również jako Meili Snow Mountain, którą mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy). Okolica Kawakarpo zawiera też inny istotny element historii “Zagubionego horyzontu”: francusckiego mnicha. W książce, klasztor Shangri-La jest nadzorowany przez wysokiego lamę, który okazuje się być długowiecznym francuskim duchownym, Pere Perrault. W swoim artykule na temat Kawakarpo Joseph Rock opisuje, jak poznał francuskiego księdza Pere… Davida w wiosce Cizhong, który zamieszkał  pod Kawakarpo po traumie pierwszej wojny światowej.

Wiosce pod Meili Mountain brakuje jednak okazałego, niedostępnego klasztoru. Ciekwaym miejscem, które może być pod tyw względem podobne do Shangri-La, jest Muli, w prowincji Syczuan – otoczone murem miasto buddyjskich świątyń mieszczących około 700 lamów. Rock odwiedził klasztorne miasto Muli kilka razy w latach dwudziestych i trzydziestych, kiedy było one stolicą odizolowanego teokratycznego królestwa. Okręgowi Muli przewodniczył tybetański regent Chote Chaba, który w tym czasie był uważany zarówno za miejscowego króla, jak i wysokiego lamę. Rock zaprzyjaźnił się z władcą Muli, i był oszołomiony ekscentrycznością tej postaci. W rozmowach z Rockiem król przyznał, że niewiele wie o świecie zewnętrznym. Król był przekonany, że mógłby bez problemu dojechać konno do Waszyngtonu, lornetka może przejrzeć przez góry, a burzowe grzmoty były spowodowane smokami ryczącymi w chmurach. Chote Chaba zachował także kilka przedmiotów kultury zachodniej, które tam zawędrowały. Ponoć miał pokój pełen niewykorzystanego sprzętu fotograficznego i zachodznich książek. Ponoć pokazując Rockowi kilka stron z ilustracajmi dla dzieci, zapytał go czy na Zachodzie naprawdę są zwierzęta, które potrafią mówić 🙂 .

Czy Hilton czerpał inspirację z opisu Muli? Rock stwierdził, że jest to spokojne miejsce pośród anarchii i bandytyzmu, które istniały wówczas w zachodnich Chinach. Król zawarł umowy z sąsiadującymi bandytami, pozwalając im schronić się i przejść przez jego terytorium bez przeszkód, w zamian za powstrzymanie się od przeszkadzaniu obywatelom Muli. Nie dotarliśmy do klasztor Muli osobiście ale podobno wciąż utrzymuje się tam atmosfera izolacji, dzięki braku atrakcji turystycznych w postaci gór czy jezior.

Jest wiele miejsc w Chinach, które luźno przypominają tę zagubioną utopię, ale legendarny Shangri-La istniał tylko w głowie Jamesa Hiltona.  “Chińskie” Shangri-La do którego dotarliśmy daleko było do opisów z książki, choć niewątpliwie jest to niezwykłe i piękne miejsce. Ciekawa jestem jednak, jak wyglądało przed wszystkimi nastawionymi pod turystę renowacjami. Być może zanim dostało swoją chwytliwą nazwę bliżej mu było do swojego cichego, tajemniczego wzorca?

Darmowa rada: aby poczuć klimat książkowego Shangri-La, będąc w tym regionie postaraj się odwiedzić pobliskie wioski,  które nie miały okazji się tak mocno zmodernizować … jeszcze.

:::: Michao uśmiech! ::::

::: Domowe wino i jogurt z mleka Yaka ::: 

::: Pożegnalne drinki w lodowatym barze zanim wrócimy do naszego lodowatego hostelu :::

W następnym odcinku- ostatnie podrygi przed powrotem do Singa – czyli Kamienny Las pod Kunming 😀


*źródło: In the Footsteps of Joseph Rock, Micheal Woodhead

Follow:

CHINY: W stronę Tybetu! Meili Snow Mountain

Transport z Tiger Leaping Gorge do Deqin zajął nam około 6 godzin (+/- 1 godzina przystanku na kolację w Shangrila po drodze). I to tylko dla tego widoku:

::: Wschód słońca nad Meili Snow Mountain :::

Wschód słońca nad górą Meili jest dość legendarny i teraz wiemy dlaczego. Obudzić się przed świtem i patrzeć, jak ciemne niebo powoli zmienia kolor na jasny fiolet, kiedy pierwsze promienie słońca na kilka krótkich minut oświetlają 6-tysięczniki na pomarańczowo, było dość spektakularne.

A wszystko to w przytulnym, ciepłym pokoju z filiżanką kawy rozpuszczalnej w dłoni (alternatywą było zejście do platformy widokowej świątyni Fei Lai, znajdującej się pod naszym hotelem, co było dla nas nie do wykonania mając na uwadzę mroźną temperaturę na zewnatrz i fakt że był to nasz pierwszy ogrzewany pokój od początku całej wyprawy…)

Dlaczego tak mi zależało żeby tu przyjechać, choćby na jeden poranek? Meili Snow Mountains jest uważane za jedne z najpiękniejszych pasm górskich na świecie. To właśnie to pasmo przyczyniło się do sukcesu małego chińskiego miasteczka Gyaitang po przyjęciu nazwy legendarnego Shangri-La*.

* Gyaitang został przemianowany 17 grudnia 2001 roku po fikcyjnym Shangri-La z powieści “Zaginiony Horyzont” Jamesa Hiltona z 1933 roku. W “Zaginionym Horyzoncie” Shangri-La jest opisywana jako tajemnicza dolina w Himalajach, gdzie główny bohater, brytyjski dyplomata Hugh Conway, ma nadzieję odnaleźć spokój od konfliktów na świecie.

  ::: Platforma widokowa Fei Lai Temple :::

Meili (lub Kawa Karpo, jak go nazywają Tybetańczycy) jest jedną z najświętszych gór buddyzmu tybetańskiego. Co roku na początku zimy przyjeżdżają tu dziesiątki pielgrzymów, aby oddawać cześć świętej górze. Najwyższy szczyt – Kawagebo, wznosi się  6,740 metrów npm. Z powodu niebezpiecznych warunków i (od niedawna) oficjanlego zakazu, żaden z głównych szczytów nie został nigdy zdobyty. W styczniu 1991 r., w jednym z najgorszych wypadków wspinaczkowych w Chinach, sześciu chińskich i jedenastu japońskich alpinistów straciło życie w lawinie.

Nasz tybetański kierowca opowiedział nam o dziwnych okolicznościach wypadku, których nie znajdziecie na Wikipedii.  Ponoć miejscowym nigdy nie podobało się, że ludzie próbują zdobyć ich swoją świętą górę. Gdy pewnego dnia, przy doskonałej  pogodzie, rozeszła się wieść że chińsko-japońska ekspedycje podejmie próbę zdobycia szczytu następnego poranka, Tybetańczycy bardzo się rozgniewali. Cała wioska zebrała się pod świątynią Feilai, modląc się przez całą noc do góry, grożąc, że jeśli człowiek postawi stopę na jej świętym szczycie, przestaną ją czcić. Nad ranem chmury zakryły szczyt i doskonała pogoda nagle się załamała. 17 wspinaczy straciło życie a ich szczątki odnaleziono dopiero po kilku latach i to po drugiej stronie góry..


Podróż do Deqin była nie tylko okazją do podziwiania masywnych 6-tysięczników. Chodziło też o to, by w naszym  mocno-ograniczonym czasie dotrzeć do autentycznych tybetańskich świątyń i kultury, zobaczyć jak miejscowi żyją w tej części świata.

::: Mała wioska przy świątyni Feilai ::

::: Śniadanie w małej, taniej lokalnej jadłodajni z niezwykłym widokiem :::

::: Ekipa wraca do hotelu się pakować a ja robie szybką foto-rundkę po wiosce:::

Nie wspomniałam jeszcze, że dotarliśmy do wioski późnym wieczorem i planowaliśmy wracać do Shangri-La już o 10 rano. Tak, przyjechaliśmy tu głównie na wschód słońca, ale niespodziewanie okazało się, że będziemy mieli okazję odwiedzić kilka miejsc w drodze powrotnej. Nasz kierowca z Tiger Leaping Gorge zaproponował, że po śniadaniu zawiezie nas do Shangrila za tę samą cenę, którą zapłacilibyśmy za bezpośredni autobus, dorzucając bonus w postaci kilka przystanków :


::: Świątynia Feilai, miejsce oddawnia hołdu świętej górze przez Tybetańczyków, zbudowana w 1614 roku podczas panowania dynastii Ming :::

::: Jaskrawe malowidła wewnątrz świątyni::: 

 ::: Tylko z dystansu zdaliśmy sobie sprawę, jak ogromne są te góry! :::


::: Niebywale klimatyczna platforma widokowa po drodze z widokiem na góry wśród magicznych tybetańskich flag modlitewnych :::


::: Miejsce markujące wysokość 4292 metrów nad poziomem morza – gdzie mroźne, rzadkie powietrze sprawi, że nawet parę szybszych kroków zostawi cię bez tchu :::

::: Nasz kierowca wjechał tu tylko dla naszych Hinduskich znajomych, żeby po raz pierwszy w swoim życiu mogli zobaczyć i dotknąć śnieg! 🙂 :::


::: Świątynia Dongzhulin – duży klasztor założony w 1679 r. przez  Piątego Dalaj Lamę. :::

::: Sala Główna :::

::: Przytulny pokoik mnicha wyższej rangi :::

::: Bardzo mocno pachnące masełko przygotowane do… :::

::: … wyrabiania mocno pachnących świec ::::

::: Widok z okna najwyższego piętra Świątyni :::

::: Klasztor pozwala na zakwaterowanie dla 2000 mnichów, a obecnie ok. 700 ,w ok.200 domach takich jak ten: :::


 ::: Następny przystanek : Shangri-La! 😀 :::

Follow:

CHINY: Wąwóz Skaczącego Tygrysa. DZIEŃ 2&3


Dzień 2

Pobudka w Tea-Horse Guesthouse była dość spektakularna, a to dlatego że kiedy przybyliśmy tu poprzedniego dnia było już totalnie ciemno.  Niestety nie miałam zbyt dużo czasu na zachwyty bo kiedy się wygrzebaliśmy z naszego zimnego drewanianego pokoiku, większość gromady była już po śniadaniu i gotowa do wyjścia. Zdązyliśmy cyknąć kilka fotek, wypić chińskie nescafe i ruszyliśmy w drogę.

Kilka zdjęć z niesamowitego Tea-Horse Guesthouse:

::: Mroźny poranek, gorący kubek kawy w ręku i ksiązka o Tybecie w tle na tym tarasie – niebo… gdybym tylko miała na to czas:P  Niestety za późno wstałam na takie fanaberie:::

::: Dlaczego tak pusto? Może dlatego że to grudzień a więc niby-zima? Zdecydowanie polecamy 😉 :::

::: Szybkie śniadanie w stołówce :::

::: Michao powoli odżywa po objawach choroby wysokościowej z poprzedniega dnia: a na stole tradycyjny Naxi bread i Tybetańska herbata (ja się skusiłam na tradycyjnego bananowego naleśnika z czekolodą i Nescafe) :::

::: Salonik właścicieli Guesthousu -w stylu przypomina wnętrze Mongolskiego gera! :::

Muszę przyznać że nasz krótki pobyt był niesłychanie urokliwy. Nie tylko dlatego, że po długim dniu mogliśmy liczyć na ciepły posiłek i duże zimne piwo, ale też dostaliśmy darmowy upgrade do pokojów na wyższym piętrze. Choć pokoje były chłodne i nieogrzewane, gorący prysznic i łóżko ocieplone elektrycznym kocem jeszcze nigdy nie były tak przyjemne. Hostel emanował zimnym spokojem i błogością – aż żałowałam że nie wstałam wcześniej żeby się nim cieszyć troszkę dłużej  (mimo że na codzień nie uznaję poranka jako humanitarnej pory dnia do życia) . Na odchodne od przemiłej pani właścicielki dostaliśmy po bananie, cukierku i… snikersie 🙂

::: Tybet! To brzmi dumnie :::

Tymczasem wędrówka stromym zboczem zaczęła być coraz bardziej epicka…

Po kilku godzinach trafiliśmy do kolejnego miejsca na odpoczynek i lancz, tzw. Half-Way Hostel.

I tu powitał nas kolejny spektakularny taras:

Dziwnym trafem wszyscy byli tak wymęczeni i tak rozleniwieni po posiłku że zapadli w tajemniczą śpiączkę, a ja dość niespodziewanie miałam czas na spełnenie mojego marzenia o chwili dla siebie i mojej specjalnej książki w tej scenerii*! 😀 Kiedy zrobiło się dość późno obudziłam całą gromadę – do naszego kolejnego przystanku wciąż mieliśmy kilka godzin wędrówki.

*na tę okazję wybrałam Lost Horizon– powieść James Hiltona z 1933 roku, znaną jako źródło pochodzenia legendy o Shangri-La, fikcyjnego, utopijnego klasztoru usytuowanego wysoko w górach Tybetu. Spoiler alert: – do Shangri-La, które od niedawna istnieje na mapie Chin jako faktyczne miasto wybieraliśmy się już następnego dnia!

Ostani kawałek okazał się najpiękniejszy z całej wędróki – niebezpieczne strome zbocza, po których skakały kozy, wodospady i zachodzące słońce – bajka!

::: Hitem odcinka były koźlątka i ich mamy z fantazyjnymi fryzurami na głowach :::

Kiedy dotarliśmy do punktu wypadowego z którego schodzi się już bezpośrednio do tytuowego wąwozu (ok 1 godz drogi w dół), mieliśmy dość wrażeń więc odpuściliśmy i postanowiliśmy zaliczyć go na następny dzień na spokojnie.

:::  Zawsze miło jest wesprzeć lokalny biznes i spróbować regionalnych specjałów;) :::

W tutejszych knajpach znajdziecie wiele ciekawych specjałów – nie tylko wspomniane wyżej chleb Naxi, tybetańską herbatę i piwka, ale też wszystko co można zrobić z Jaka (albo raczej Jaka skrzyżowanego ze zwykłą krową bo takie się łatwiej hoduje) – hamburger z Jakiem, pierogi z jakiem, jogurt z mleka jaka itp itd.

::: Warto podróżować – winko z regionu Yunnan :::


Dzień 3

::: Pobudka z niebywałym widokiem vol2. :::

Następnego dnia nareszcie mieliśmy dotrzeć do naszej destynacji – miejsca w dole wąwązu, gdzie zwęża się on na tyle że mógł go przeskoczyć tygrys (rzekomo).

Droga w dół zaczeła się spokojnie, ale po chwili ograniczyła się do prawie pionowej wąskiej ścieżki (zdjęć z trudnych momentów tradycyjnie brak, ale możecie to dostrzeć na filmiku;) )

::: W kilku miejscach na trasie spotkać można miłe panie sprzedające wszystko to co turysta może potrzebować podczas stromej wspinaczki- wodę, snikersy, koraliki, liście marihuany i …kamienie? :::

::: Alvaro jak Chiński królewicz – niestety nie było chętnych żeby go podnieść :::

:::  Wąwóz Skaczącego Tygrysa! :::

::: ‘Gdzie jest Michao’ czyli świetny odpowiednik kolorowego Where’s Wally w ciemno-szarej górskiej scenerii ::: 

Udało się ! Po 2 i pół dniach dotarliśmy do miejsca gdzie spokojna dotąd rzeka nabiera dzikości.  Jedyne co nam zostało to wspiąć się spowrotem w góre i zjeść zwycięski lanczyk – po raz ostatni w pełnym składzie. 

W tym epickim miejscu rozstaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę – część gromady wsiadła w autobus do Kunming (Eve i Alvaro łapali samolot do Niemiec, Wen do Wietnamu) a my (ja, Michao, Gigi, Sandeep i Jeremy)  prywatnego vana w stronę legandarnego Shangri-La…


I na tym kończy się też mój najlepszy-jak-na-razie filmik, kto jeszcze nie widział:

 

Follow: